JAK LICZYĆ, ŻEBY SIĘ NIE PRZELICZYĆ?

jarofdirt

Założona zaledwie w 1995 roku wytwórnia Lionsgate tegoroczne zarobki szacuje na ponad dwa miliardy dolarów. Disney – blisko cztery. Czy, bijąc kolejne rekordy box office’u, producenci i dystrybutorzy nie zaliczają żadnych wpadek? Ile pieniędzy z ogłaszanych szumnie setek milionów to czysty zysk produkcji filmowej?

Hobbit: Pustkowie Smauga po 10 dniach wyświetlania bez problemu zarobił w USA 130 milionów dolarów, stając się 31. tegorocznym tytułem, który przekroczył tę magiczną granicę. Dziesięć lat temu, w 2003 roku, takich filmów było 29. Nie wygląda to więc na gigantyczny sukces – kino stoi w miejscu? Jednak dla porównania do 2006 roku były tylko trzy produkcje, którym udało się przekroczyć próg miliarda dolarów wpływów ze świata: Titanic, Władca Pierścieni: Powrót króla oraz Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka. Dzisiaj, siedem lat później, mamy ich 12, a licząc z reedycjami (np. Jurassic Park) – 17.  Należy jednak pamiętać, że do wielu projekcji dochodzą również wersje trójwymiarowe, co łączy się z dużo droższymi biletami. Istnieje wiele zestawień uwzględniających inflację, w których z kolei w ścisłej czołówce znajdują się takie klasyki, jak Przeminęło z wiatrem, Dźwięki muzyki, a nawet Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków z 1937 roku!

Trudno stwierdzić, na powstanie którego filmu wydano najwięcej zielonych banknotów. Wiele statystyk zostało ujawnionych, jeszcze więcej zatajono, a niektórych można się jedynie domyślać. Zestawienia podają dziesiątki tytułów z ponad stupięćdziesięciomilionowym budżetem, kilkanaście z sięgającym 200 lub więcej. Nie zawsze wiadomo również, czy w te sumy wliczane są niebotyczne koszty reklamy i promocji, nieraz będące równie wysokie lub nawet wyższe niż koszty samego filmu. Tak bywa chociażby w przypadku komedii romantycznych, które, robione raczej tanim kosztem, mają premiery przy okazji Walentynek albo Dnia Kobiet. Konkurencja wtedy nie śpi, więc wszystko, co zaoszczędzono przy kręceniu, trzeba wydać na przyciągnięcie widza do kina. O paradoksach można mówić chociażby w przypadku Harry’ego Pottera i Komnaty tajemnic (2002). Koszty produkcji oszacowano na 100 milionów dolarów, koszty promocji – blisko 50, co wydaje się tym dziwniejsze, że kinową markę serii wypracowała część pierwsza. Ponadto nie było też podstaw do obaw, że ekranizacja drugiej części jednej z najpopularniejszych książek w historii nie znajdzie widzów. Jednak te liczby całkowicie chowają się przy najbardziej dochodowym widowisku wszech czasów: Avatarze (2009). Chociaż jego budżet wciąż pozostaje tajemnicą, szacuje się go na 270 do 310 milionów dolarów. Reklama pochłonęła… 150. Granie na tak ryzykowną (i drogą) kartę opłaciło się, obecnie zyski sięgają blisko 3 miliardów i nie zanosi się, żeby jakiś inny obraz szybko zagroził filmowi Camerona na miejscu lidera (a nawet gdyby, drugi na podium jest przecież Titanic…).

Ponoć rekordową sumę wydano na Piratów z Karaibów: Na krańcu świata. Jeśli wierzyć ekspertom, film kosztował nawet 326 milionów. Ale czy wierzyć, skoro był kręcony równocześnie z wcześniejszą częścią, Skrzynią umarlaka? Skrzynia… miała być 100 milionów tańsza, co po zsumowaniu daje 550 milionów, a brnąc dalej w matematykę – każda godzina dwóch części pochłonęła około 110 milionów.

Dużym zaskoczeniem mogą być … Zaplątani (2010). Włosy Roszpunki okazały się niezwykle trudnym przedsięwzięciem, które pochłonęło 6 lat produkcji i 274 miliony, stając się najdroższą animacją w dziejach. Tyle potrzeba było na komputerowe wykreowanie świata wzorowanego na rokokowych obrazach. Późniejsze wskaźniki box office’u pokazały ponad dwukrotnie więcej, ale czy to wystarczyło? Ile tak naprawdę film musi zarobić, żeby, przysłowiowo, wilk był syty i owca cała?

Kinomaniacy byli w szoku, gdy kilka lat temu Warner Bros ogłosiło, że Harry Potter i Zakon Feniksa (2007), przy wpływach rzędu około 950 milionów dolarów, przyniósł również… 167 milionów strat. Lakonicznie rzecz ujmując można powiedzieć, że przyzwoity wynik produkcji to dwukrotność globalnych zysków zestawiona z czystym kosztem produkcji, bez uwzględniania reklamy. Właśnie dlatego dotarcie do prawdziwych tabel ujawniających wydane pieniądze jest takie trudne. Producenci, pytani przez dystrybutorów (pokrywających koszty marketingu), zawyżają faktyczne sumy, by móc wymusić procentowo jak największy, względem budżetu, koszt promocji. W Stanach Zjednoczonych istnieje również zakaz przekraczania początkowych założeń budżetowych. Wyjątki oczywiście zdarzają się nierzadko. Chociażby James Cameron, będąc absolutnie zakochany w kręceniu Titanica (1997), zrzekł się na rzecz filmu swojej pensji reżyserskiej, co i tak zwróciło mu się wielokrotnie, ponieważ zagwarantował sobie procent od światowych wpływów swojego hitu. Na taką ugodę idzie również wielu aktorów, zgadzając się na niższą (ale wciąż gwiazdorską) gażę, zrekompensowaną następnie udziałami w globalnych przychodach. Tak zrobił Tobey Maguire przy kręceniu Spider-Mana. Dyskutując o zarobkach aktorów można uświadomić sobie, czemu niektóre filmy kosztowały właśnie tyle: wyliczono, że za każdą minutę Aniołów i demonów Tom Hanks otrzymał 500 tysięcy dolarów, a żeby przekonać Johnny’ego Deppa do ostatnich Piratów… (2011), potrzeba było 56 milionów. Gwiazdorskie podium zamyka Robert Downey Jr., który podobną sumę zainkasował za trzecią część Iron Mana (blockbuster został najbardziej dochodowym filmem 2013 roku, zgarniając ponad miliard dolarów z całego świata). Wszystkich wyprzedza jednak Keanu Reeves, który za dwie ostatnie części Matrixa dostał 20 milionów dolarów, ale wynegocjował piętnastoprocentowy udział w zyskach obu filmów, dzięki czemu wzbogacił się o… 197 milionów!

Hollywoodzkie wytwórnie od lat w dość specyficzny sposób zliczają koszty produkcji, dystrybucji czy marketingu, co prowadzi do komicznej sytuacji, w której żaden film nigdy nie przyniesie zysków. Mimo to studia nie rezygnują z oferowania reżyserom, scenarzystom czy aktorom procentu od czystego zysku. W przeszłości zdarzało się już, że twórcy procesowali się z wytwórniami, uznając  ten rodzaj rozliczania za daleki od uczciwości. Dlatego właśnie między innymi Hobbita od Władcy pierścieni dzieli prawie 10 lat, mimo że plany ekranizacji prequela trylogii pojawiły się jeszcze przed premierą Dwóch wież (2002). New Line Cinema zakomunikowało Peterowi Jacksonowi (który również miał otrzymać część zarobku światowego box office’u), że mimo przychodów z trylogii przekraczających 2 miliardy czystego zysku, do podziału nie zostało nic. Sprawa trafiła do  sądu i ciągnęła latami, ostatecznie jednak udało się zażegnać konflikt i ta sama wytwórnia została zaangażowana do kręcenia opowieści o Bilbo Bagginsie.

Władca Pierścieni wciąż pozostaje chyba najbardziej ekonomicznym blockbusterem w historii kina. Jeśli wcześniej wspomniani Piraci z Karaibów: Na krańcu świata potrzebowali 326 milionów, trzy części opowieści o wojnie o Pierścień powstały za… niecałe 290. Naturalne krajobrazy i precyzja charakteryzatorów zaoszczędziły pracy specjalistom  od efektów specjalnych, a sama Nowa Zelandia nie tylko stała się Śródziemiem w realnym świecie, ale zaczęła przyciągać kolejnych filmowców (powstawały tam m.in. Opowieści z Narnii). Jak widać, wraz z biegiem czasu nawet fikcyjne krainy drożeją, bo obie części Hobbita plasują się już w ścisłej czołówce najdroższych filmów – po 250 milionów każda, czyli niemal tyle, co trzy wcześniejsze adaptacje Tolkienowskiej twórczości. Niemal równie drogie było nieco młodsze dziecko tego samego reżysera, King Kong (2005), ale środowisko filmowe żartowało wtedy, że po sukcesie Władcy… Jackson dostałby każde pieniądze nawet na ekranizację instrukcji obsługi tostera. Takie sumy pewnie przyprawiłyby o zawał serca producentów Przeminęło z wiatrem, którzy za melodramatyczną opowieść o Scarlett O’Harze zapłacili… 3 miliony 900 tysięcy dolarów.

 Chcąc popisać się w jednym miejscu, w innym trzeba zacisnąć pasa. Filmowcy mają sposoby na oszczędzanie. Koszt wstrzymania ruchu na modnej nowojorskiej ulicy będzie najniższy w niedzielę rano. Mało kto zorientuje się, że pokazana na ekranie Ameryka to tak naprawdę Malta czy Czechy, gdzie wielkie studia chętnie przenoszą lokacje zdjęć. Kręcenie w nocy wymaga ogromnych nakładów finansowych na oświetlenie, dlatego takie sceny można albo wyeliminować, albo zamienić dzień w noc (tzw. technika day for night). Most Golden Gate da się dokleić komputerowo, zamiast płacić pół miliona za jego wynajęcie. A adaptując młodzieżowy hit książkowy należy spodziewać się gigantycznej publiczności nawet wtedy, gdy obsadzi się w głównej roli nieznaną szerzej początkującą aktorkę (jak było w przypadku Jennifer Lawrence i pierwszych Igrzysk śmierci; co prawda informację podano do publicznej wiadomości po jej nominacji do Oscara za Do szpiku kości, ale decyzja zapadła jeszcze przed tym wydarzeniem).

Nie zawsze również imię gwiazdy na plakacie wróży sukces. Już wiadomo, że 47 roninów będzie jedną z większych porażek tego roku, tak artystyczną, jak i finansową. Początkowo obraz miał kosztować 175 milionów dolarów, które rozrosły się do aż 225. Z powodu błędów reżysera konieczne było nakręcenie od nowa kosztownej sceny finałowej bitwy. Jak się okazało, w pierwotnej wersji w ogóle nie pojawiał się tam główny bohater grany przez Keanu Reevesa. Po prawie dwóch tygodniach wyświetlania produkcja nie uzbierała nawet 50 milionów dolarów, chociaż zwiastun zapowiadał naprawdę imponującą feerię bitew i jedwabnych kimon. O jeszcze większej przegranej można mówić przy Johnie Carterze (2012), na którym Disney stracił ponad 200 milionów. Jakby tego było mało, oficjalnie ogłoszono to już po 10 dniach od premiery. Aby produkcja się opłaciła, obraz musiałby osiągnąć co najmniej 600 milionów wpływów, a zyskał zaledwie 270, z czego w Stanach tylko 73. Świat chyba nie czekał na kolejne widowisko będące połączeniem Avatara, Gwiezdnych wojen, Wodnego świata i długo by wymieniać, czego jeszcze.

Można też odwrotnie – pierwszy film pornograficzny dopuszczony do dystrybucji publicznej, Głębokie gardło (1972), powstał za 25 tysięcy dolarów, a wygenerował blisko 50 milionów. Jeśli mówić o mistrzu niskobudżetowego kina, to jest nim na pewno Darren Aronofsky. Docenione przez krytyków Pi (1998), będące produkcją wysoce niekomercyjną, przy nakładzie 35 tysięcy zarobiło prawie 5 milionów. Do sukcesu Zapaśnika (2008) przyczyniła się na pewno wielka rola Mickey’a Rourke’a, za którą, jeśli wierzyć samemu aktorowi, nie otrzymał ani centa (o czym producent miał uprzedzić go odgórnie, bo budżet wisiał na włosku). 13-milionowy Czarny łabędź (2010) zarobił prawie 330 milionów, na co wpływ miały zapewne spływające na niego po każdej gali zachwyty i nagrody, w tym Oscar dla Natalie Portman. Teraz Aronofsky będzie miał szansę zaprezentować, jak radzi sobie, gdy nie musi ciąć kosztów – na realizację Noego: wybranego przez Boga (2014) dostał na pewno kilkudziesięciokrotnie więcej niż na jakikolwiek ze swoich dotychczasowych obrazów.

Ostatnio zmierzch wysokobudżetowego kina ogłosił nie byle kto, bo sam Steven Spielberg. Podczas odbywającego się w ubiegłym roku w University of Southern California panelu dyskusyjnego poświęconego przyszłości zaawansowanej rozrywki wystąpił on wraz z Georgem Lucasem i ogłosił, że przyszłość wizjonerskich widowisk to internetowa telewizja. Nie możemy rozciągnąć tygodnia. Nie możemy rozciągnąć 24-godzinnego cyklu. Zostaliśmy z tak wieloma możliwymi wyborami – twierdzi Spielberg. Czy jego prognoza się spełni, sprawdzimy w najlepszym wypadku za kilkadziesiąt lat.

Ada Kotowska