Na grzyby! [recenzja]

gryb

Na grzyby!

 

Choć czas grzybobrania zakończył się wraz z nadejściem pierwszych przymrozków, o grzybach warto przypomnieć sobie jeszcze przed okresem przygotowań świątecznych potraw, których to suszone borowiki, smażone rydze, duszone pieczarki, czy marynowane opieńki stanowią nieodłączny składnik. O darach lasu opatrzonych swojsko brzmiącymi nazwami oraz tymi bardziej wyrafinowanymi, jak soplówka jeżowata czy żółciak siarkowy, opowiada film Tam, gdzie rosną grzyby.

Podobnie jednak, jak arcydzieło Ingmara Bergmana z 1957 r. nie traktowało o uprawie poziomek, tak debiut Jasona Cortlunda i Julii Halperin trudno uznać za film przyrodniczy. Tam, gdzie rosną grzyby to sprawnie zrealizowane, amerykańskie kino niezależne, powstałe w koprodukcji z Polską. Zaprawdę, producent z USA nie mógł znaleźć sobie lepszego partnera do współpracy niż państwo, którego narodowym sportem i dumą jest właśnie grzybobranie.

Regina i Lucien to amerykańskie małżeństwo o baskijskich korzeniach (wątek kuchni z kraju Basków będzie się przewijał przez cały film), a przy tym para zapalonych grzybiarzy. Przemierzają północne tereny New Jersey w poszukiwaniu grzybów, które sprzedają restauracjom w Nowym Jorku. Praca to ciężka, a zarobki niepewne. Tylko Lucien (w tej roli reżyser), prawdziwy pasjonat, znający łacińskie nazwy każdego znalezionego okazu, jest przekonany, że z profesjonalnego grzybobrania można uczynić zawód i utrzymać się z niego cały rok. Jego żona jest odmiennego zdania: pragnie stabilizacji i stałego źródła przychodów. Kiedy dostaje propozycję posady asystentki kucharza w restauracji serwującej dania z ośmiornic, przyjmuje ją ku wyraźnemu niezadowoleniu męża.

92758

Od tej pory bohaterowie zaczynają się od siebie oddalać: zarówno fizycznie – Lucien wyjeżdża w okolice Waszyngtonu, mając nadzieję na wysyp grzybów w tamtejszych lasach, jak i emocjonalnie – choć telefonują do siebie, po wymianie grzecznościowych formułek na przywitanie zapada w słuchawkach niezręczna cisza. Pragnienia małżonków co do kierunków, w jakich chcą się rozwijać, stają się coraz bardziej rozbieżne. Dla Luciena przyjęcie stałej posady jest równoznaczne z ograniczeniem wolności i niezależności, które ceni sobie ponad wszystko. Konieczność podporządkowania się określonym godzinom pracy i wymaganiom pracodawcy jest sprzeczna z wyznawaną przez niego dewizą carpe fungum. Tymczasem Regina dostrzega dla siebie kolejną szansę rozwoju, jaką jest szefowanie kuchnią baskijskiej restauracji… w innym stanie USA.

Pasja do grzybobrania najpierw połączyła bohaterów, potem zaś poróżniła, stawiając ich uczucie i wspólną przyszłość pod znakiem zapytania. Od leśnych ścieżek upstrzonych boczniakami czy żagwicą listkowatą Regina woli wybrukowane miejskie ulice. Znamienna jest kwestia, jaką Lucien kieruje do żony: „Ty robisz swoje, a ja swoje”. W dziele Cortlunda i Halperin pojawiają się autonomiczne sceny wykorzystujące konwencję filmu przyrodniczego, w których głos z offu opisuje poszczególne okazy grzybów. Charakter owych wstawek jest jednak metaforyczny i zmienia się wraz z osłabieniem więzi, jaka łączy bohaterów: przepisy na smaczne dania con fungi zostają zastąpione informacjami o przykrych dolegliwościach, jakie mogą wystąpić po spożyciu niektórych gatunków. Ich halucynogenne i trujące właściwości zobrazowane są wizerunkami „miejskich grzybów”: pianką izolacyjną na rurach, hydrantem czy smętnie wiszącymi, pękniętymi balonami na drzewie.

Przesłanie filmu, wyrażone explicite w finale, pozostawia jednak widzowi tej mykologicznej historii nadzieję, że choć relacja między bohaterami przestała być symbiozą, nie musi od razu oznaczać czegoś szkodliwego. Podobnie jak w przyrodzie niełatwo ocenić na pierwszy rzut oka, czy to jeszcze komensalizm, czy już pasożytnictwo, tak i nie można jednoznacznie stwierdzić, że związek państwa Echevarría się rozpadł.

To przyjemny w odbiorze, prosty w przesłaniu film, przekonujący, że to, co piękne (miłość) nie zawsze jest proste, a piękno (smaku) tkwi w prostocie (kompozycji). O tym ostatnim najdobitniej przekonuje krótka przygoda Luciena jako osoby odpowiedzialnej za catering na przyjęciu wydawanym przez panią Garrison. Jej pragnienie uatrakcyjnienia każdej potrawy poprzez namnożenie składników i ciągłe dodawanie nowych pozycji do menu jest nie do przyjęcia dla bohatera, który bezskutecznie próbuje przekonać ją, że więcej nie znaczy lepiej.

Paradoksalnie, choć duża część akcji dzieje się w kuchni, w filmie jest niewiele scen gotowania. Przez to Tam, gdzie rosną grzyby nie stanowi takiej rozkoszy dla zmysłów, jak Uczta Babette (1987, Gabriel Axel), Jedz i pij, mężczyzno i kobieto (1994, Ang Lee), czy dokument Jiro śni o sushi (2011, David Gelb). Wyobraźnię widza jednak bardziej niż obrazy potraw pobudzają już same ich nazwy: kraby polane stopionym masłem czy chutney z karczocha (z dodatkiem chilli i musu z mango, jak sobie zamarzyła pani Garrison). Choć dania z boczniakami czy kurkami uważane są za ciężkostrawne, debiut duetu Cortland-Halperin o miłości i grzybach smakuje ciekawie i nie powoduje przykrych konsekwencji.

Film to nie tylko dla grzybiarzy, choć i oni będą usatysfakcjonowani po zakończeniu projekcji. To jeden z tych obrazów, które nie starają się przekonać odbiorcy, że sztuka jest ważniejsza od życia, przeciwnie – sam seans dodaje apetytu, który po wyjściu z kina warto zaspokoić i przyrządzić na przykład risotto z grzybami, ulubione danie reżysera.

Lucyna Adamska